środa, 26 lipca 2017

Madara maseczka do twarzy DETOX

Łotewską marką Madara byłam zaciekawiona od dłuższego czasu. W ofercie znajdują się produkty do kompleksowej pielęgnacji twarzy, znajdzie się również coś do ciała i włosów. Pierwsze spotkanie z Madarą rozpoczęłam od kultowej błotnej maseczki detox.


Zdecydowałam się na małe opakowanie maseczki 12.5 ml które wystarczyło mi na 3 i pół zastosowań. Pierwsze zetknięcie z produktem to pozostawienie maseczki na 7 minut które spowodowało ogromne zaczerwienienie (utrzymywało się przez około 2,5 godziny po czym przez kilka kolejnych było już znacznie mniejsze), pieczenie i ściągnięcie całej twarzy. Miałam wrażenie jakbym zdarła sobie całą skórę. Poczułam wtedy wielkie rozczarowanie, na szczęście jednak nie zraziłam się i stosowałam ją dalej. Drugie podejście - pozostawienie maseczki również na 7 minut jednak co jakiś czas oklepywałam twarz wodą aby nie pozwolić masce zastygnąć - było już trochę bardziej obiecujące. Ponownie pojawiło się zaczerwienienie jednak było ono mniejsze i utrzymywało się na twarzy przez ok 30 minut. Tym razem zauważyłam przyspieszenie gojenia wyprysków i efekt ładnego oczyszczenia. Podobny efekt utrzymywał się przy kolejnym zastosowaniu, zauważyłam też że zaczerwienienie było jeszcze mniejsze.


Po zastosowaniu tej maski cera jest wyraźnie oczyszczona, wypryski goją się szybciej. Efekt jest zdecydowanie zauważalny, cera wygląda lepiej. W porównaniu do stosowania na twarz własnoręcznie zrobionej maski z glinki a gotowym produktem Madary widać różnicę z przewagą dla Madary. Mimo tego czegoś mi brakuje, takiej wisienki na torcie. Myślę, że skuszę się na kolejne opakowanie w nadziei że między nami zaiskrzy. Polecam ją każdej osobie posiadającej cerę zanieczyszczoną, tłustą, z wypryskami.


Co mamy w składzie?
Błoto, glinkę, lawendową wodę, illit, alkohol, minerał ilasty, kwas mlekowy, sorbitan caprylate (zagęstnik, stabilizator emulsji, wspiera również działanie konserwantów), ekstrakt z alg, ekstrakt z liści rukwi wodnej, oliwa z oliwek, guma ksantanowa (zagęstnik), zapach, ...


Za 12,5 ml produktu zapłacić trzeba około 29 zł co na pierwszy rzut oka wydaje się ceną dosyć sporą. Maska jednak wystarcza na 3 razy więc 1 kuracja to 10 zł - brzmi to trochę lepiej ;)

niedziela, 23 lipca 2017

W zakupowym koszyczku - lipiec 2017

W lipcu miałam kupić tylko kilka rzeczy jednak ostatecznie przybyło mi ich całkiem sporo ;)


Pierwsze było zamówienie ze strony Matique. Musiałam zakupić szampon, zdecydowałam się na Eubione ponieważ miałam jego próbkę która zdążyła zrobić na mnie dobre wrażenie. Wiadomo, że nie opłaca się zamawiać tylko jednego produktu więc do koszyka dołożyłam też żel pod prysznic marki Born to Bio który był na mojej wishliście już od dłuższego czasu. Z uwagi na nieustające problemy z cerą zdecydowałam się wypróbować kultową maseczkę Madara detox. W gratisie otrzymałam aż 6 próbek.


Przechadzając się między półkami w supermarkecie Auchan natrafiłam na maseczki marki Dermaglin. Zerknęłam na skład i stwierdziłam że nie wyjdę bez nich ze sklepu ;) Był to zakup spontaniczny i szczerze mówiąc niepotrzebny bo mam sporo maseczek w zapasie.


Pozostając przy zakupach nieplanowanych... W Hebe była promocja na różne produkty więc jak na co dzień do tej drogerii nie chodzę tak postanowiłam wybrać się po płyn micelarny od Nacomi. Jak możecie zobaczyć na powyższym zdjęciu, płynu nie kupiłam ale z pustymi rękami też nie wyszłam ;)Zdecydowałam się na glinkę ghassoul oraz czarne mydło. Jeszcze do końca nie wiem jak wykorzystam te produkty. Może rytuał Hammam?


Do sklepu Ministerstwa Dobrego Mydła mam dosyć daleko i nigdy nie po drodze. Byłam jednak w okolicy i miałam bardzo zły humor a co poprawia go lepiej od zakupów? Peeling śliwkowy był na mojej wishliście, poza peeling który aktualnie używam właśnie dobija dna... Zakup w pełni usprawiedliwiony! Zdecydowałam się również na mydło w kostce co nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło bo nie lubię tej formy mydła. Postanowiłam jednak dać im szansę. W gratisie dostałam 2 miniaturki mydełek.


Na stronie Matique pojawiły się darmowe próbki kosmetyków Madara. To co widzicie na zdjęciu to jedynie małe przedstawicielstwo, zamówiłam wszystkie, po 3 sztuki każdego więc mam ich łącznie... 54 ;)


Aby uchronić próbki przed samotną drogą do zamówienia dołożyłam krem do stóp Lavera oraz mój ulubiony płyn micelarny Vianek.


Na już potrzebowałam kremu do rąk i nie mógł to być byle jaki produkt. Powróciłam więc do kremu BioPha który sprawdzał się u mnie znakomicie. Ciekawym faktem jest miejsce skąd go zamówiłam - z Empiku.


Czas na wisienkę na torcie. W momencie w którym BBW ostatnio podwyższył ceny świec do 119 zł obiecałam sobie że nie ma takiej opcji i więcej ich nie kupię chyba że zdarzy się jakaś super promocja. Plan był dobry, jest całkiem sporo innych marek świec które są tańsze jednak plan ten zawierał jeden znaczący minus. BBW ma w swojej ofercie mój ulubiony zapach - Paris Amour. A jaki jest sens palenia świec które nam się nie podobają? Paris Amour jest w stałej kolekcji więc już od ponad roku nie wlicza się do letniej i zimowej wyprzedaży. Z pomocą przyszła mi facebookowa grupa świeczkowa na której upolowałam to cudo za 50 zł już z przesyłką! :)

środa, 19 lipca 2017

Miodowa Mydlarnia, odmładzający peeling ryżowy z woskiem pszczelim

Dzięki ostatniej edycji targów Ekocuda dowiedziałam się o istnieniu marki Miodowa Mydlarnia. Stoisko obsługiwały dwie bardzo sympatyczne osoby i po obejrzeniu i wypróbowaniu wielu produktów skusiłam się na zakup odmładzającego peelingu ryżowego.


Peeling zrobiony jest na bazie cukru oraz drobinek ryżu. Drobinki te nie rozpuszczają się w wodzie co oznacza że możemy wykonywać peeling (masaż) ciała dłużej. Jego działanie jest trochę bardziej intensywne od zwykłych peelingów cukrowych, chociaż trzeba mieć na uwadze to, że sami możemy tą intensywność stopniować (wykonując peeling odpowiednio dłużej lub krócej i z większą bądź mniejszą intensywnością masażu). Peeling ten zawiera fioletową glinkę która wpływa nie tylko na przepiękny kolor ale także absorbuje tłuszcz i zanieczyszczenia. Wosk oraz oleje zapewniają naszej cerze natłuszczenie dzięki czemu nakładanie balsamu po kąpieli jest już etapem zbędnym. Nie można przejść obojętnie obok zapachu tego cuda. Jest słodki i ciepły, dosyć intensywny. Bardzo przypadł mi do gustu jednak na dłuższą metę zapach może okazać się nieco męczący. Warto podkreślić opakowanie które jest szklane, co uważam za duży plus.


Składniki: cukier, ryż, olej z otrąb ryżu, olej z pestek winogron, olej sezamowy, olejek zapachowy, wosk pszczeli, witamina E, glinka fioletowa, konserwant

200 g produktu kosztuje 39 zł, do kupienia na stronie producenta.

Inne peelingi do ciała opisane na blogu:
Organique, cukrowy peeling do ciała Bloom Essence
Fresh&Natural, tropikalny (solny) peeling do ciała
Biolove, różany peeling do ciała

Wpis o peelingach:
Cukrowy czy solny? Kilka słów o peelingach do ciała.

niedziela, 16 lipca 2017

W denkowym koszyczku - czerwiec 2017

Tak jak wspomniałam we wpisie z nowościami czerwca, powracam do oddzielnego publikowania nowości i denka.


InSight, szampon i odżywka seria colored hair - odżywka zdecydowanie na tak, szampon niestety na nie. Szampon nie podołał wyzwaniu mojej skóry głowy, podrażnił ją, lekko swędziała. Odżywka natomiast była rewelacyjna, z pewnością kupię jej większe opakowanie.

Eubiona, próbki szamponów  - po takich malutkich próbkach ciężko powiedzieć coś więcej jednak wersja repair zaciekawiła mnie na tyle że już kupiłam pełnowymiarowe opakowanie.



Biochemia Urody, hydrolat lawendowy - z hydrolatami nawet się lubię, lawendowy był całkiem okej jednak niczym mnie nie zachwycił

Orientana, krem ze śluzem ślimaka - z tym produktem wiązałam wielkie nadzieje które nie zostały spełnione. Nawilżenie cery nie było spektakularne, z przebarwieniami i wypryskami nie pomagał. Jego plusem jest dobre współpracowanie z minerałami. 

Vianek, próbki normalizującego kremu do twarzy - nie wzbudziły mojej ciekawości, ostatnio trochę mi się znudziła ta marka..


Lavera, tusz do rzęs - daje całkiem ładny efekt jednak nie jest to efekt 'wow'. Gdy już się nim pomalujemy to dosyć ciężko jest się go pozbyć (sama woda nie da rady, micel Vianek ledwo sobie radził).

Benecos, tusz do rzęs - wyrzucam prawie pełne opakowanie. W momencie gdy chociaż odrobina tuszu dostanie się do oka - szczypie ono niemiłosiernie i cały tusz spływa wraz z łzami. W przeciągu około 2 tygodni 3 razy przytrafiła mi się taka sytuacja więc wolę go wyrzucić niż się z nim męczyć.

Theatric Professional, bibułki matujące


Deep Steep, krem do rąk - krem nie jest produktem wybitnie dobrym, przy mocno przesuszonych dłoniach nie daje sobie rady. Jego plusem jest przepiękny zapach.

Zaitik, lawendowy dezodorant - ten produkt denerwował mnie na tyle że pozbywam się połowy opakowania. Jak dla mnie on zwyczajnie śmierdzi więc wyobraźcie sobie co się dzieje gdy nałożymy ten dezodorant pod pachami a następnie się spocimy... Smród okropny.

Herbs&Hydro, mydło do rąk pearl - nosiłam to mydełko przy sobie i korzystałam z niego w pracy lub innych łazienkach 'publicznych'. Bardzo podoba mi się jego delikatny zapach, co do właściwości myjących to oceniam je jako bardzo mocne. Mam wrażenie że zmywa ze skóry dosłownie wszystko.

Faith in nature, mydło do rąk - mydełko jak mydełko, trochę nie podobał mi się jego zapach - nieco mroźny, rześki. 

Yes to naturals, szampon& żel do mycia ciała 2 w 1- markę Yes to chciałam poznać już od bardzo dawna za sprawą wielu pozytywnych recenzji, ten żel (dla dzieci) nie skradł mojego serca, nie wyróżniał się niczym szczególnym.

Organic Shop, lotus&shea żel pod prysznic - męczyłam się z nim okropnie, pachnie nie szczególnie, konsystencja też jakaś taka nie bardzo. Nie polubiliśmy się i już.


Bath& Body Works, Georia Peach - pokochałam brzoskwiniowe zapachy! Na promocji kupią świecę ponownie, ale tylko na promocji bo cena regularna miażdży...

Country Candle, Peach Bellini - cudowna wytrawna brzoskwinia, duża świeca jest już na wish - liście.

Goose Creek, Blueberry cheesecake - na sucho pachnie jak rzygi, serio. Zapach ten jest potwierdzeniem tego że na sucho a w paleniu to mogą być dwie różne sprawy. W paleniu pachnie całkiem przyjemnie, trochę przypomina mi zapach sernika jednak jest on bardziej sztuczny. Nie najgorszy jednak powtórki nie będzie.



A jak Wam poszło denkowanie w czerwcu? :)

piątek, 14 lipca 2017

Organic Surge, delikatny żel do mycia twarzy

Organic Surge jest brytyjską marką kosmetyków naturalnych dostępną w kilku sklepach internetowych oraz bardzo często w TkMaxxie. Tam też upolowałam refreshing face wash i było warto.


Od producenta: Delikatny żel do codziennego mycia twarzy o zapachu lawendy. Łagodnie zmywa codzienne zanieczyszczenia i usuwa makijaż z twarzy oraz skóry wokół oczu, nie wysuszając jej. Zawiera organiczną roślinną glicerynę, nawilżający i łagodzący podrażnienia aloes oraz olejek eteryczny z róży geranium. 100% naturalna piana i olejki eteryczne wspomagają odświeżenie i przywrócenie skórze jej naturalnej równowagi. Przeznaczony dla każdego typu cery, a szczególnie do cery normalnej i suchej.

Po pierwsze: żel ma konsystencję żelu.  Wiem że to co właśnie napisałam brzmi dosyć zabawnie jednak większość żeli do mycia twarzy, żeli pod prysznic itd. ma konsystencję płynu a żelem są tylko z nazwy. Ten żel jest jednak prawdziwym żelem ;) Do umycia twarzy wystarczy 1-2 pompki co sprawia że jest to produkt bardzo wydajny, wystarczy mi na ok 4 miesiące używania dwa razy dziennie. W 100% zgadzam się z tym co napisał producent- jest to bardzo delikatny produkt,  nadaje się do codziennego oczyszczania twarzy. Jest świetnym produktem bazowym dla każdego typu cery - ja mam cerę z niedoskonałościami i go pokochałam. Nie wysusza, nie podrażnia ale dobrze oczyszcza. Bardzo dobrze współpracuje z gąbeczką Konjac (wystarczy jedna pompka).

Tak jak wyżej wspomniałam jest dobry produkt bazowy, przykładowo osoby z cerą tłustą mogą stosować go zamiennie z jakimś mocniejszym produktem (np. rumiankowy żel Sylveco), dobrze sprawdza się również przy wieloetapowym oczyszczaniu twarzy (przed żelem oczyszczamy twarz produktem olejowym), dobrze współpracuje z gąbeczką Konjac.



Cena: 200 ml za 49,99 zł w sklepach internetowych, pojawia się też w TkMaxx'ie za 19,99 zł.

Inne produkty do oczyszczania twarzy opisane na blogu:
Saisona, łagodne mleczko zmywające
Biochemia Urody, olejek myjący do twarzy

piątek, 7 lipca 2017

Zakupy czerwca

Kobieta zmienną jest więc powracam do oddzielnych postów poświęconych zakupom i oddzielnych dla denka. Ostatnio zaczęłam kontrolować co i ile kupuję, zwykle zanim coś kupię to zastanawiam się dłużej czy aby na pewno jest mi dany produkt potrzebny jednak od tej zasady są też małe odstępstwa o czym też dzisiaj możecie przeczytać. :)


Od razu na początku miesiąca zrobiłam zamówienie w sklepie Blisko Natury. Zakupiłam nawilżający krem do twarzy marki Avebio (48,99 zł / 50 ml), o ile przez pierwsze kilka dni stosowanie nie byłam zadowolona tak teraz muszę powiedzieć że ma potencjał, obiecuję recenzję ale nie wcześniej niż za miesiąc ;) Jako że za niedługo skończy mi się płyn micelarny i tonik to skusiłam się także na te produkty: Organic Therapy micelarny płyn do demakijażu oczu (15,99 zł / 200 ml),  Kivvi nawilżający tonik do twarzy (29,00 zł / 150 ml). W gratisie otrzymałam 10 ml oleju z bawełny.


Udało mi się upolować dwa całkiem ciekawe produkty w TkMaxxie. Jest to maseczka do twarzy oraz masło do ciała australijskiej marki Cognescenti Australia ( 29,99 zł za sztukę). Bardzo podobają mi się opakowania, to one przyciągnęły moją uwagę.


Gdy usłyszałam o tym, że moja ulubione Youtuberka stworzyła własną linię kosmetyków nie mogłam nie zrobić zamówienia! Czarszka stworzyła linię w skład której wchodzi ultradelikatny, aksamitny i regulujący balsam do mycia twarzy (60 zł / 100 ml). Udało mi się kupić balsam z pierwszej dostępnej partii (pierwsza! haha ;)),  szał jeszcze nie opadł i nie łatwo jest dorwać Czarszkowy balsam.


Obiecywałam sobie że w najbliższym czasie nie kupię ani świeczek ani wosków i postaram się w pierwszej kolejności wypalić to co mam. Wyszło jak zawsze ;) W Pachnącej Wannie była promocja na Dzień Dziecka więc skusiłam się na 3 daylighty całkiem nowej marki Country Candle, wosk Goose Creek oraz sampler Vilage Candle a w gratisie otrzymałam sampler Colonial Candle. Za całość zapłaciłam 61 zł.


Dawno, dawno temu (były to początki mojego świeczkowego uzależnienia czyli jakieś 3 lata temu) marzył mi się kominek który możecie zobaczyć na zdjęciu powyżej. Okazji nie było, kominka nie zakupiłam a później zniknął ze sprzedaży i tak sobie do tej pory wzdychałam mając nadzieję że gdzieś go kiedyś dorwę. I stało się! Na świeczkowej grupie facebookowej pojawiła się oferta dwóch kominków, jeden z nich znalazł u mnie swój domek. Świeczkowa grupa spełnia marzenia! I to za jaką cenę - jedyne 39 zł. :)

Jak podsumuję swoje zakupy?
Większość była przemyślana, niektóre zakupy dosyć spontaniczne ale nie żałuję. W szczególności cieszy mnie mała liczba nowych kosmetyków - zaledwie 6 sztuk. Wydałam 213,96 zł na kosmetyki oraz 100 zł na świece i kominek.

piątek, 23 czerwca 2017

Insight, szampon i odżywka do włosów z serii colored hair

InSight jest włoską marką kosmetyków dla której inspiracją stała się natura. Do produkcji kosmetyków wykorzystują fito-ekstrakty oraz fito-oleje. Produkty powstają na bazie ozonowanej wody która posiada właściwości dezynfekujące (niszczy bakterie, wirusy a także grzyby).  INSIGHT może stanowić kompletny program pielęgnacji dla każdego typu włosów, w swojej ofercie marka posiada linie: dry hair, anti-oxydant, daily-use, anti-frizz, damaged hair, colored hair, anti-dandruff, hair-loss, regalancing, styling. Możemy więc zaopatrzyć się w produkty takie jak szampony, odżywki, maski, sera; pasty, lakiery oraz woski modelujące a także produkty do ciała (żel, balsam, olejek i krem do rąk) oraz dla mężczyzn (płyn do mycia ciała, płyn do mycia brody, olejki do mycia i pielęgnacjo brody a także krem po goleniu).


Colored hair to seria stworzona specjalnie do włosów farbowanych, chroni włókno włosa i powoduje dłuższą trwałość koloru. Głęboko odżywia, nadając włosom miękkość i gładkość w dotyku. W skład serii wchodzi szampon, odżywka i maska.Na uwagę zasługuje fakt, że zarówno w szamponie i odżywce znajduje się ekstrakt z henny.
Serię Colored hair rozpoczęłam  testować 2 dni po drugim hennowaniu włosów (mieszanka cassia i czysta henna z Pola Henny).  Z tego co zauważyłam po pierwszym hennowaniu mieszanka ziół nie trzyma się zbyt dobrze na moich włosach i dosyć szybko wypłukuje  - w tej kwestii ta seria mi nie pomogła.


Ze względu na obecność dwóch silnych środków myjących (Sodium Coceth Sulfate i Disodium Laureth Sulfosuccinate) nie jest to produkt należący do delikatnych, od ponad roku stawiam na łagodniejsze składniki i ten szampon mogę określić jako przełom w pielęgnacji. Nie dodaje objętości ale także jej nie zabiera. Niestety moja skóra głowy nie zareagowała na niego najlepiej, była lekko podrażniona i swędząca.

INCI: Aqua (Water),Sodium Coceth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Disodium Laureth Sulfosuccinate, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Mangifera Indica (Mango)Seed Butter, Lawsonia Inermis (Henna) Leaf Extract, Perfum (Fragrance), Polyquternium-10, Citric Acid, Sodium Chloride, Glycerin, Magnesium Nitrate, Magnesium Chloride, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate

Krótka analiza składu:

Sodium Coceth Sulfate - silny składnik myjący (należy do jednej grupy wraz z SLS/SLES)
Cocamidopropyl Betaine - bardziej łagodny ale nadal silny składnik myjący, ten jednak jak najbardziej jest dopuszczany w kosmetykach naturalnych
Disodium Laureth Sulfosuccinate - sól
Macadamia Ternifolia Seed Oil, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Mangifera Indica (Mango)Seed Butter, Lawsonia Inermis (Henna) Leaf Extract - super składniki: olej makadamia, olej z pestek winogron, masło z mango, henna
Po zapachu w składzie kryją się między innymi dwa konserwanty które nie są dopuszczane w kosmetykach naturalnych - Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone.

Jak oceniam skład?
Nie do końca odpowiadają mi silne składniki myjące oraz sól. Jako że konserwantów jest w produkcie niewiele (maksymalne stężenie to 0,01 %) to jak dla mnie są ok.





Odżywka ma średnio gęstą konsystencję, dosyć szybko wnika we włosy i w porównaniu do wielu innych produktów które miałam okazję stosować potrzebuję jej relatywnie więcej.
Włosy wyglądają bardzo ładnie- są gładkie, śliskie i lśniące. Wyglądają całkiem wyjściowo nawet po 2-3 godzinach od ostatniego czesania (co u mnie jest super rezultatem!). Oceniam ją jak najbardziej na plus, planuję kupić większe opakowanie.

INCI: Aqua (Water), Cetrimonium Chloride, Cetearyl Alcohol, Myristyl Alcohol, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Mangifera Indica (Mango)Seed Butter, Lawsonia Inermis (Henna) Leaf Extract, Citric Acid, Magnesium Nitrate, Magnsesium Chloride, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate

Krótka analiza składu:
W składzie występują te same oleje, masło oraz henna co w szamponie, pojawiają się również te same 2 konserwanty (niedopuszczalne w kosmetykach naturalnych).
Jak oceniam skład?
W przypadku odżywek i masek do włosów których nie nakładam na skalp jestem dosyć 'otwarta' na bardziej chemiczne składy. Ten powyżej uważam za poprawny.


Buteleczki które widzicie na zdjęciu powyżej mają pojemność 100 ml i za każdą z nich zapłaciłam 15 zł, wystarczyły mi na dwa i pół tygodnia stosowania. Dużo bardziej opłaca się jednak kupować większe opakowania: 500 ml za 36 zł lub 1000 ml za 49 zł. Odżywkę zakupię ponownie w większej pojemności, szampon jednak się u mnie nie sprawdzał.

niedziela, 18 czerwca 2017

Yankee Candle Q1 2017: Driftwood

Coastal Living okazał się dla mnie dosyć kiepską kolekcją, żaden zapachów nie zachwycił mnie na tyle abym chciała świecę, jedynie Garden by the sea chciałabym ponownie wypróbować w formie wosku. Przed Wami ostatnia recenzja zapachu z kolekcji - Driftwood.


Driftwood to wosk z rześkiej linii zapachowej o zapachu wyrzuconych przez morze na piaszczystą plażę konarów drzewa, zaimpregnowanych morską solą i wysuszonych przez słońce


nuty głowy: lilia wodna, sól morska
nuty serca: drewno, eukaliptus
nuty bazowe: bób tonka, cedr



Zapach ten zaciekawił mnie najmniej z całej kolekcji - i słusznie. Po kilku minutach od zapalenia kominka pomyślałam sobie zaraz, zaraz ten zapach to mi pasuje na jesień. Jest ciepły, otulający i słodki. Bardzo przypomina mi Fireside treats, jednak jest bardziej mdły. Mój nos go nie polubił.

Drfitwood jest bardzo intensywny, już ok 1/5 wosku pozwoliła mi na wyraźne odczuwanie zapachu.  Do kupienia w sklepie Goodies.

Dajcie znać który zapach z tej kolekcji podoba się Wam najbardziej :)

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Oleje a ochrona przeciwsłoneczna - to nie działa!

Od dłuższego czasu w sieci krąży obrazek który możecie zobaczyć poniżej. Na pierwszy rzut oka sugeruje on, że do ochrony przeciwsłonecznej wystarczy nam olej z nasion malin a jeśli chcemy zaszaleć z opalenizną to i olej z awokado się nada. Nic też bardziej mylnego!


Promienie słoneczne dzielą się na promieniowanie UVA oraz UVB. Promieniowanie UVA odpowiada za krzywdy których gołym okiem nie zobaczymy tego samego dnia. Dociera ono do skóry właściwej i uszkadza włókna kolagenowe. UVB powoduje skutki które możemy zobaczyć dosyć szybko - poparzona skóra. I tutaj pojawia się pierwsza kwestia: oleje chronią jedynie przed UVB!

Jak popatrzycie sobie na ten obrazek, widzicie zdjęcie np. oleju z nasion malin a obok napis SPF  28-50. No to teraz taka mała zagadka, ile trzeba nałożyć oleju aby osiągnąć ochronę na poziomie SPF 50? Wystarczą 3 krople, 3 łyżki czy może też cała butelka? Zagadka pozostanie zagadką (chyba, że ktoś z Was to sprawdził? ;)), nie wiadomo ile trzeba nałożyć oleju aby uzyskać odpowiednią ochronę - ale zapewniam Was że cieniutka warstwa nie wystarczy.

Jeśli w planach masz całodzienne leżenie plackiem na plaży to zapomnij o olejach jako o ochronie przeciwsłonecznej! Rynek kremów z filtrem jest bardzo bogaty, od siebie polecam krem Nacomi SPF 30 za ok. 30 zł.

Oleje sprawdzą się jednak jako powierzchowna ochrona (i to też raczej wiosną niż w środku lata) gdy będziemy przebywać na słońcu w bardzo krótkim okresie czasu oraz w godzinach porannych lub wieczornych gdy słońce aż tak nie grzeje.
Jak najbardziej olej można zastosować jako ochronę przeciwsłoneczną dla włosów - pełne olejowanie na długości albo kilka kropel w celu zabezpieczenia końcówek.

sobota, 10 czerwca 2017

Zmiany w kosmetycznym koszyczku - maj 2017

Czas na kosmetyczne i świecowe podsumowanie maja :) Z ilości zakupów kosmetycznych jestem bardzo zadowolona, nareszcie udało mi się nieco ograniczyć w kwestii impulsywnego kupowania, jednak ze świecami trochę zaszalałam (równowaga w przyrodzie musi przecież zostać zachowana) :D

ZAKUPY


Markę Deep Steep obdarzyłam wielką sympatią więc gdy tylko zobaczyłam w TkMaxxie piankę do mycia rąk to kupiłam bez zawahania (16,99 zł). Kolega obok to krem do rąk marki Organic Shop upolowany w Rossmannie (tak, tak w Rossmannie pojawiają się naturalne kosmetyki) za ok 10 zł. Serum Bionigree ostatnio stało się bardzo popularne, przeczytałam mnóstwo pochlebnych opinii więc zamówiłam (ok 86 zł ze zniżką). Ostatnia na zdjęciu jest odżywka marki Faith in nature, pochodzi ona oczywiście z TkMaxxa (19,99 zł).


Włoska marka InSight zaciekawiła mnie już kilka miesięcy temu, nigdy jakoś jednak nie miałam okazji nic zakupić. Kilka dni temu pod wpływem impulsu zakupiłam 3 szampony i 4 odżywki w buteleczkach po 100 ml (łącznie za 105 zł, od razu mówię że kompletnie się to nie opłaca, bo szampon o pojemności 500 ml kosztuje 37 zł). Postawiłam na serię daily use, colored hair, anti-frizz oraz odżywkę z serii dry hair. Z pewnością dam Wam znać jak się sprawdzą.


Jak się kocha świeczki to tak jest - nie można się powstrzymać! Yankee Candle Happy Spring (65 zł), Gosse Creek Whipped Almond Icing (40 zł) oraz Bath&Body Works Golden Pineapple luau ( 0 zł, wymiana) to super okazje dorwane na świeczkowej grupie na Facebooku.
Z Pachnącej Wanny zamówiłam tumbler o zapachu Red, White & Blue z nowej kolekcji Goose Creek ( 75 zł ), woski Peanut butter & jelly i lemon vanilla cake batter (po 18 zł) oraz sampler Georgia Peach (8 zl).




DENKO


W kategorii włosowej dna dobiły dwa całkiem przeciętne produkty. Szampon do włosów przetłuszczających się Lavera nie działał nic w kierunku redukcji przetłuszczania, nieco zabierał również objętości. Po odżywce z serii White Agafia włosy nie wyglądały zbyt ładnie ale nie wyglądały też tragicznie. Męczyłam się z nią kilka miesięcy i powrotu zdecydowanie nie planuję.


Białą glinkę ze srebrem od FitoKosmetik używałam jako maseczkę do twarzy i jak to z glinkami bywa sprawdzała się super - było to moje drugi opakowanie tego produktu i nie wykluczam kolejnego. Płyn micelarny Biolaven jest jednym z moich ulubionych - z drogeryjnymi tuszami radzi sobie świetnie, z naturalnymi już raczej niekoniecznie, mimo tego serdecznie polecam :) W kwestii toników albo mam pecha albo sama nie wiem czego chcę, stosuję różne toniki i hydrolaty naprzemiennie i wciąż czuję że 'to nie to', tak właśnie było też z Orientaną - zachwytów nie ma więc dalej szukam miłości. Mały wytarty sztyft to pomadka Sierra Bees, jest dobra jednak to już moje n-te opakowanie i mam już dosyć.


Zużycia produktów do ciała do porażka na całej linii. Krem do rąk Sylveco pachnie paskudnie, nawilża niewystarczająco a jak by tego było mało to nie zdążyłam też zużyć całej tubki bo się zepsuł. Również olejek Nacomi zużyty został tylko do połowy ponieważ wraz z końcem marca(!) minął jego termin ważności - stosowany po kąpieli do ciała był całkiem okej - nic specjalnego, do włosów jednak już niekoniecznie. W różanym peelingu Biolove najbardziej podoba mi się skład, ściera dosyć intensywnie, zawartość olei sprawia że po kąpieli nie trzeba dodatkowo nakładać balsamu, zapach różany mnie na kolana nie powalił.


Porażką mogę również nazwać zużycia woskowe. 4 zapachy nie wypaliłam do końca i polecą na grupę sprzedażową na Facebooku, były to Salt Water Taffy, Champaca Bloosom i Driftwood od Yankee Candle oraz Peanut Butter & Jelly od Goose Creek - tego zapachu jednak nie dane było mi dokładnie poznać bo bardzo nie spodobał się domownikom :( Do końca wypaliłam wosk Cherry Bloosom od Yankke, miły, kwiatowy zapach jednak powrotu do niego nie planuję.



Zmiany w koszyczku:
nowe kosmetyki: + 11 (ok 237 zł)
zużyte kosmetyki: - 9 ( i 3 próbki)
nowe woski i świece: + 4 świece i 3 woski (224 zł)
zużyte woski: -5 wosków

A jak Wasze zakupy i zużycia maja? Znacie coś z moich produktów?

piątek, 26 maja 2017

Biolove, różany peeling do ciała

Biolove jest polską marką kosmetyków dostępnych w drogerii Kontigo. O samej marce w sieci jest niewiele informacji. Na rynek wprowadzona została pod koniec 2015 roku, w połowie 2016 r na blogach zaczęło pojawiać się coraz więcej recenzji produktów tej firmy i wtedy też postanowiłam się z nią zapoznać.


Peeling otrzymujemy w plastikowym pudełku o pojemności zaledwie 100 ml. Działanie ścierające określę na dosyć intensywne, przy czym dzięki zawartości masła shea oraz olejów po wykonanym peelingu skóra nasza jest już wystarczająco dopieszczona i nie potrzebuje dodatkowej warstwy balsamu. Zapach jest wyraźnie różany, czy się podoba czy nie to już kwestia gustu - mnie jednak na kolana nie powalił.


Peeling posiada bardzo prosty i krótki skład:
cukier, masło shea, olej arganowy, olej kokosowy , tocopheryl acetate - witamina E w formie estru (pełni funkcje przeciwutleniające), zapach, nasiona maliny




Peeling o pojemności 100 ml można zakupić z cenie 19,50 zł, z tego co wiem obecnie dostępny jest jedynie w drogerii Kontigo.

Może zainteresować Cię również:
Wpis o peelingach do ciała (różnice między peelingiem cukrowym a solnym).

Inne produkty marki Biolove:
Borówkowy żel pod prysznic.

Inne peelingi:
Fresh&Natural tropikalny (solny) peeling do ciała.
Organique, cukrowy peeling do ciała Bloom Essence.

sobota, 20 maja 2017

UE: Cruelty Free


Zgodnie z Rozporządzeniem (1223/2009/WE )Komisji Europejskiej od marca 2013 roku na terenie Unii Europejskiej obowiązuje zakaz testowania na zwierzętach produktów jak i poszczególnych składników kosmetycznych.

Już w 2004 roku obowiązywał zakaz testowania gotowych produktów na zwierzętach, w 2009 roku wprowadzony został zakaz testowania poszczególnych składników (z wyjątkiem badań toksyczności dawki powtarzanej, toksykokinetyki i wpływu na rozrodczość). 11 marca 2013 roku wprowadzony został całkowity zakaz testowania składników kosmetyków na zwierzętach oraz wprowadzania do obrotu substancji testowanych na zwierzętach. Zakaz obejmuje wszystkie metody badawcze, bez względu na to czy istnieją alternatywne metody badawcze zastępujące wykorzystanie zwierząt.
Większość związków chemicznych w przeszłości została przebadana na zwierzętach, obecnie tworząc nowy produkt producenci opierają się na wcześniej dokonanych badaniach.

Niezależnie od tego czy firma umieszcza króliczka bądź też napis 'nie testowany na zwierzętach' na kosmetyku który został wyprodukowany na terenie Unii to produkt ten nie jest testowany na zwierzętach. Umieszczanie króliczków na opakowaniach jest więc zabiegiem marketingowym.

wtorek, 16 maja 2017

Bath&Body Works - Georgia Peach

Ostatnio przeżywam jakiś kosmetyczny kryzys i dużo lepiej czuję się pisząc o świecach niż o kosmetykach. Mam jednak nadzieję że świece lubicie przynajmniej w połowie tak bardzo jak ja i te tematy Was interesują ;) Dzisiaj chciałabym trochę opowiedzieć o świecy marki Bath&Body Works która niestety nie jest tak łatwo dostępna. BBW posiada swoje sklepy jedynie w Warszawie jest jednak również opcja złożenia zamówienia telefonicznego z wysyłką kurierem.


Zaczniemy od spraw technicznych. Duża świeca BBW to 411 g, pod względem gramatury jest więc odpowiednikiem średniego słoja Yankee Candle. Posiada 3 knoty dzięki którym bez problemu już w około 15-20 minut dopala się do ścianek. Średnia żywotność dużej świecy to około 50 godzin (chociaż nie mierzyłam tego dokładnie). Po niedawnej podwyżce cen świeca kosztuje 119 zł co uważam za rozbój w biały dzień (w szczególności gdy spojrzymy na to ile kosztuje świeca a ile wynosi jej czas palenia) i od momentu podwyżki nie kupuję świec w tym sklepie (pamiętam gdy ceny świec wynosiły 89 zł i to już dla mnie było sporo, teraz nie pozostało nic innego jak usiąść i się rozpłakać).


Świece marki Bath&Body Works pokochałam za przepiękne zapachy oraz ich bezproblemowość - palą się równomiernie, nie trzeba im w tym pomagać. Niedawno odkryłam że bardzo podoba mi się zapach brzoskwini więc oczywistością stał się dla mnie zakup Georgia Peach. Jest to zapach ze stałej kolekcji sklepu, co jakiś czas zmienia się wygląd naklejki a czasem również i szkła (obecnie w sprzedaży jest świeca w pomarańczowym, matowym szkle). Wg producenta Georgia peach to brzoskwini, liście pokryte rosą oraz szczypta wanilii.  Dokładnie to samo mogłabym o tym zapachu powiedzieć! Jest owocowo jednak gdzieś w tle przebija się łagodna, świeża nuta. Dla mnie zapach jest obłędny, mogłabym ją palić na okrągło. Jedynym minusem jest intensywność którą z początku określiłabym jako dosyć przeciętną i gdyby palić świecę dużym pomieszczeniu to mogłaby być niewystarczająca, jednak wraz z kolejnymi paleniami zapach stał się bardziej wyraźny i już mogłam w pełni cieszyć się pięknym zapachem.


Powyżej zobaczyć możecie pokrywkę od świecy która dla różnych kolekcji jest inna. Standardowe zapachy posiadają gładką pokrywkę z napisem Bath&Body Works.

Czy miałyście okazję palić świece tej marki? Co o nich sądzicie?

piątek, 12 maja 2017

Deep steep frosted plum - krem do rąk

Deep Steep to amerykańska marka kosmetyków naturalnych. Firma została założona w 1983 r w Południowej Carolinie. Zakupić te kosmetyki w Polsce to całkiem niezłe wyzwanie, nie znalazłam sklepu który miałby je w swojej stałej ofercie natomiast co jakiś czas marka pojawia się w TkMaxxie ( za krem zapłaciłam 16 zł), można również zamówić je na iHerb :)



Markę poznałam poprzez mydło do rąk które uwielbiam. Tak samo chciałam pokochać ten krem, naprawdę bardzo się starałam! Niestety pomimo mnóstwa zalet nie mogłam. Ale zacznijmy od początku...

Tubka produktu ma dosyć nietypową gramaturę jak na polskie standardy - 59 ml- przez co moim zdaniem idealnie nadaje się do torebki. Krem posiada dosyć lekką konsystencję (mi się kojarzy z mleczkiem), szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiej warstwy jednak nawet po kilkudziesięciu minutach czuć i widać że niedawno go nałożyliśmy. U mnie jednak po około godzinie dłonie znowu wołają o nawilżenie. Zapach jest zawsze kwestią gustu i jako wielka maruda czasem nie powinnam się w tej kwestii wypowiadać jednak zamrożona śliwka pachnie pięknie, nie powiedziałabym że jest to śliwka, kojarzy mi się bardziej z czymś kremowym z lekką nutą słodkich owoców. Nie jest on mocno wyczuwalny i całe szczęście nie jest również nachalny.



W momencie gdy moje dłonie są miejscami suche, popękane i pieką nie do końca dawał sobie radę z ich ukojeniem. Czułam że działanie jest niewystarczające. Nawilża, owszem, jednak przy wymagających dłoniach nie mogę go Wam polecić. Zdecydowanie lepiej sprawdzi się jako nawilżacz dla dłoni które zbyt wiele oczekują, raczej porą letnią niż zimową.

Mimo że nie mogłam pokochać go całym serduszkiem i w porze jesienno-zimowej do niego nie powrócę,  jeśli jednak natrafię na niego (bądź inną wersję) w TkMaxie to kupię ponowie do użytku latem! :)

Inne produkty marki Deep Steep opisane na blogu:

Inne kremy do rąk opisane na blogu:

poniedziałek, 8 maja 2017

Yankee Candle Q1 2017: Sea air

Moim nowym małym postanowieniem jest wypróbowanie wszystkich nowych kolekcji od Yankee (przynajmniej w woskach). Wąchając na sucho kolekcję Coastal Living zaciekawiły mnie jedynie Garden by the sea oraz Coastal living (który dla mnie okazał się porażką). Odnosząc się do swojego postanowienia dałam szanse także pozostałym dwóm zapachom, dzisiaj opowiem Wam o Sea air :)


Sea air to wosk z rześkiej linii zapachowej o odświeżającym zapachu, lekko słonego nadmorskiego powietrza splecionego z zapachem cyklamenu perskiego i róży. Pochodzi z kolekcji Coastal Living (Q1 2017).


nuty głowy: morska woda, słone oceaniczne powietrze
nuty serca: biały cyklamen, róża
nuty bazowe: drzewo sandałowe



Tak jak już wspomniałam we wstępie początkowo nie planowałam zakupu tego zapachu. Wąchając na sucho jego świecę stwierdziłam że to nic ciekawego. Teraz bardzo się cieszę że zdecydowałam się na jego wypróbowanie co utwierdziło mnie w moim postanowieniu próbowania wszystkich wosków z kolekcji które wyjdą w tym roku. Bez większych nadziei włożyłam do kominka kawałek wosku i już po chwili pomyślałam ojej jaki ciekawy zapach! Wdychane powietrze nasycone tym zapachem odczuwam jako takie posolone morskie, po kilkunastu minutach wychodzą nuty proszku do prania aby po czasie się schować i oddać miejsce wspomnianemu już morskiemu powietrzu, czy też zapachu soli.
Została mi jeszcze 1/4 wosku, zostawię ją na upalny dzień - jestem bardzo ciekawa jak zapach się rozwinie gdy na dworze będzie 30 stopni. Mimo tego, że uważam go za bardzo ciekawy to raczej nie planuję jego ponownego zakupu.

Wosk jest bardzo intensywny, już 1/4 tarty to było dla mnie za dużo na jedno palenie. Do kupienia na stronie goodies.pl

sobota, 6 maja 2017

Rozczarowania Q1 2017

Niedawno pisałam Wam o kosmetykach wartych zainteresowania, jednak życie nie jest idealne i poznałam też produkty którymi się rozczarowałam. Kilka marek się pokrywa, pisałam Wam o świetnym szamponie Organic Shop (Marokańska Księżniczka) a dziś w rozczarowaniach będzie o jego bracie którego nie lubię. Znalazł się też produkt Sylveco i Sukin, jak widać każda marka ma swoje lepsze i gorsze produkty.


Organic Shop szampon dodający objętości który objętości wcale mi nie dodał. Moja skóra głowy go nie polubiła, czułam że to nie to.



Mgiełką nawilżającą Sukin jestem rozczarowana ponieważ ma w składzie różę damasceńską która mnie podrażnia (właśnie dzięki tej mgiełce moje podejrzenia się potwierdziły więc nie ma tego złego... ;)). Jeśli jednak róża Wam krzywdy nie robi to warto wypróbować bo skład ma zacny.



Natura Siberica Loves Estonia to żel który mnie bardzo denerwował ze względu na swój mydlany zapach. Po moich komentarzach o zapachach pewnie już połowa z Was myśli, że jestem rozkapryszoną księżniczką ale dla mnie zapach jest bardzo ważny, niestety nic na to nie poradzę. Poza zapachem był całkiem okej, mył i nie wysuszał.


O ostatnim produkcie którym jest lipowy płyn micelarny Sylveco piszę tutaj z wielkim żalem. Markę Sylveco bardzo lubię, wiele dobrych opinii czytałam o tym płynie jednak u mnie się nie sprawdza. Moje oczy są wrażliwe, muszę o nie dbać ze szczególną uwagą, ten płyn jednak podrażniał okolice oczu co u mnie go zupełnie skreśla.

W ubiegłych trzech miesiącach na miarę totalnego rozczarowania zasłużyły tylko 4 kosmetyki co nie jest złym wynikiem. Jestem ciekawa czy Wy znacie te produkty, w szczególności płyn Sylveco. Dajcie znać jak u Was się sprawdzają :)